[:pl]Uwaga wstępna, historyczna. Fakty powszechnie znane, bo umieszczone w każdej ulotce repertuarowej Teatru, niemniej jednak być może warte przypomnienia. Zwłaszcza, że dziś 5 listopada. Nocą 23 sierpnia 1994 roku w opuszczonej chacie rybackiej na jednej ze szkockich wysepek Bill Drummond i Jimmy Cauty, w obecności dwóch świadków, spalili milion funtów w 50-funtowych banknotach. Trwało to 63 minuty. Swój gest zarejestrowali na amatorskiej kamerze wideo, prochy zebrali do walizki i następnego ranka odlecieli do swoich domów. W pierwszą rocznicę spalenia powrócili na wyspę, by zaprezentować jej mieszkańcom 63-minutowy niemy film z aktu palenia i podjąć rozmowę na temat sensu tego gestu. Drummond i Cauty nie przyjechali jako ci, którzy swój gest chcieliby wyjaśniać, lecz jako ci, którzy szukają odpowiedzi na pytanie, dlaczego w ogóle to zrobili. Pokaz filmu był początkiem obliczonego na rok tournee zatytułowanego „Dlaczego Fundacja K spaliła milion funtów?” Tournee dobiegło końca w niespełna trzy miesiące po pierwszym pokazie, 5 listopada 1995 roku, czyli dokładnie 14 lat temu, kiedy to Drummond i Cauty zawiesili działalność K Foundation i na masce Nissana Bluebirda spisali kontakt ze światem, zobowiązując się do 23 lat milczenia na temat spalonego miliona i zobowiązując świat do twórczego przemyślenia i wyciągnięcia wniosków z ich gestu. — Jak tego dowodzi szum powstały wokół części aneksowej PRZEDOSTATNIEGO KUSZENIA BILLA DRUMMONDA, postawione przez Drummonda i Cauty’ego w geście spalenia miliona pytanie nie straciło nic ze swej palącej aktualności.
Uwaga pierwsza, filmowa. Przychodzą do głowy dwa filmy. Pierwszy z nich, mało znany w Polsce, to SIÓDMY KONTYNENT Michaela Haneke – oparta na prawdziwych zdarzeniach historia pewnej przyzwoicie sytuowanej trzyosobowej austriackiej rodziny, która popełniła wspólne samobójstwo, niszcząc uprzednio wszystko, co posiadali. Ostatnie pół godziny filmu to elektryzująca sekwencja metodycznego niszczenia dorobku całego życia – mebli, książek, filmów, ubrań, sprzętu audiowizualnego, naczyń kuchennych, pamiątek rodzinnych, pieniędzy wreszcie, które są darte i spuszczane w klozecie. W trakcie pokazu na Festiwalu w Cannes na scenie niszczenia banknotów widzowie ostentacyjnie opuszczali kino. — Drugi z filmów to KSIĄDZ. A raczej to, co działo się przed kinem Kultura w Warszawie. Tłumy, które filmu nie widziały i widzieć nie chciały, skandowały swój sprzeciw, wykonywały rejtanowskie gesty, wznosiły modlitwy i nabożne pieśni przeciwko wspólnemu wrogowi. Czternaście (!) lat temu katolicka Polska była frontem nowoczesnej krucjaty – krucjaty przeciwko Wyobrażonemu. Szkoda, że w rozkręconej machinie medialnego skandalu znikała z oczu istota filmu i brakło miejsca na drążenie w głąb, na pytania chociażby o to, kto jest odpowiedzialny za Wyobrażone? Czy zło jest w filmie, czy w tych, w których fantazja na jego temat powstaje? I skąd tak podatny dla niej grunt? Jakie głęboko skrywane tabu zostało naruszone, że wzmianka o treści filmu doprowadza tych wszystkich pobożnych ludzi do wrzenia? Jakie siły zostały w nich uruchomione, jakie demony? — Wokół PRZEDOSTATNIEGO KUSZENIA BILLA DRUMMONDA zaczyna się nowa krucjata. Gest palenia pieniędzy ma siłę pozawizualną. Trafia na miękki, podatny grunt zarówno w tych, którzy byli jego świadkami, jak i w tych, którzy tylko o nim słyszeli. Uruchamia skrajne emocje, sygnalizując, że dzieje się coś istotnego, że możemy dowiedzieć się czegoś nowego, niekoniecznie miłego, o sobie. A to zbyt ważne, by zadowolić się pytaniami o to, czy naruszone zostało prawo (bo nie zostało) lub czy teatr ma za dużo pieniędzy, by palić pieniądze publiczne (bo nie ma i bo nie publiczne, lecz MOJE pieniądze, pieniądze będące MOJĄ WŁASNOŚCIĄ, są palone).
Uwaga druga, religijna. Nie wątpię w autentyczność oburzenia tych, którzy manifestują swój sprzeciw. Podobnie jak za niekłamany uznaję entuzjazm tych, którzy na gest palenia pieniędzy reagują euforycznie. Drummond i Cauty spotkali się z identycznymi reakcjami. Znamienne, że nie mają one nic wspólnego z niszczeniem, nawet z niszczeniem publicznym. Pieniądz nie jest jedynym przedmiotem ulegającym destrukcji w trakcie przedstawienia, a jednak tylko jego nietykalność postulują ci, których ten gest oburza. Powtórzę zadane wcześniej pytanie: Czego dotknęliśmy – wpierw Drummond, teraz my – że wyzwoliliśmy takie siły, takie demony? Z pewnością naruszyliśmy tabu – tabu pieniądza. To, podejrzewam, ostatnie tabu w nowoczesnym społeczeństwie kapitalistycznym. Tabu cielesności padło wraz z rewolucją seksualną, tabu prywatności wraz z rozwojem mediów (któż nie czyta dziś Gali lub nie ogląda Wojewódzkiego?), 14 lat temu można było mówić jeszcze (być może) o tabu religii, ale dziś niewiele się z tego ostało. Kościół przegrał tę walkę z kretesem: oświecony, materialistyczny umysł nie zawraca sobie głowy tym, co niewidzialne. Wiara została zracjonalizowana i o ile deklarujemy jeszcze wiarę w Boga, to Szatana włożyliśmy między bajki, o hostii mówimy „opłatek” i nie ciało Chrystusa, lecz właśnie opłatek – czyli w najlepszym razie symbol ciała Chrystusa – przyjmujemy, itd. A po wyrugowaniu rzeczywistości duchowej na naszym horyzoncie pozostało jedynie to, co materialne, czyli to, co ma wymierną wartość, co można kupić lub sprzedać. Żyjemy w czasach do cna materialistycznych, w których gest niszczenia pieniędzy jest gestem bluźnierczym, świętokradczym, podniesieniem ręki na całokształt rzeczywistości, zamachem na jej esencję, jądro, boga. Według definicji słownikowej, tabu to silny zakaz społeczny odnoszący się do dowolnej sfery ludzkiej działalności lub społecznego zwyczaju, która uznawana jest za nienaruszalną i/lub świętą. To gest niebezpieczny, bo narusza tabu, a zatem burzy ustalony porządek i zrywa zasłonę, spoza której wyzierać zaczyna to, o czym chcieliśmy milczeć. Stąd agresywna reakcja, stąd radykalny sprzeciw. Odtruwanie organizmu jest procesem bolesnym i nieprzyjemnym. Wie o tym każdy nałogowiec.
Przyglądając się i analizując negatywne reakcje na gest drummondowy, dostrzegam trzy ich modele. Po pierwsze, są to obelgi, kierowane są pod adresem tego, kto gestu takiego się dopuścił – że to głupota, że tylko idiota może się czegoś takiego dopuścić, itp. Stanowią one rodzaj instynktownej osłony dla u-bóstwionego rozumu, który w obliczu gestu pochodzącego z obszarów pozaracjonalnych, rytualnych, sakralnych może się czuć zagrożony. Po drugie, mamy apele do wymiaru sprawiedliwości, domaganie się kary dla sprawcy/przestępcy: to próba jak najszybszego przywrócenia ładu, odzyskania zburzonego spokoju i wiary w słuszność modelu, w obrębie którego funkcjonujemy. Po trzecie, spotykamy oskarżenie w formie zawoalowanej: „Dlaczego nie oddali tego potrzebującym?”: wskazując na potrzebujących, chronimy się pod płaszczem własnej wrażliwości na potrzeby najsłabszych i podkreślamy, że pieniądz nie jest zły. Byłbym szczęśliwy, gdyby w wyniku refleksji nad gestem spalenia, w wyniku rzeczywistego sprzeciwu na konta organizacji charytatywnych zaczęło wpływać więcej pieniędzy; najczęściej jednak – niestety! – sprzeciw ogranicza się do słownych deklaracji i/lub bezowocnych intelektualnych dywagacji. Przywołanie najbiedniejszych na tę werbalną wokandę jest tyleż istotny, co niebezpieczny. Istotny, bo uruchamia nasze – oby szczere i poparte czynem! – współczucie dla ich losu; niebezpieczny, bo posługując się drastycznym obrazem ludzkiego nieszczęścia w obronie pieniądza, utwierdza w nas jego nienaruszalną, a więc świętą pozycję. Nie ma w geście palenia nic, co wskazywałoby na utożsamienie pieniądza ze złem. Pali się papier, któremu nadaliśmy symboliczną wartość. Istota gestu tkwi zatem gdzie indziej: w tym, czym ten pieniądz jest dla nas, jaką dla nas ma wartość. Nie potrafię w tym kontekście uciec od anegdoty ewangelicznej o prostytutce, która w trakcie uczty zaczęła obmywać Jezusowi stopy bardzo drogim olejkiem i włosami je ocierać, co wśród gości wzbudziło oburzenie: bo iluż biednych można by wykarmić, gdyby ten olejek spieniężyć…
Uwaga trzecia, graniczna. Pośród reakcji na gest palenia pojawiły się w mediach pytania o granice w sztuce. Jeżeli przekroczyłem jakiekolwiek granice, to były to granice zdrowego rozsądku, ale zdrowy rozsądek ze sztuką niewiele ma wspólnego. Zdrowy rozsądek przynależy, jak sama nazwa wskazuje, do sfery rozumu, sztuka rozum przekracza. Przekroczyłem własne ograniczenia, ale moje ograniczenia nie są dla sztuki żadną granicą. Sztuki nie ogranicza nic prócz wolności, zdrowia, i życia innego bytu – ludzkiego czy zwierzęcego. I jestem zbulwersowany, gdy gest palenia pieniędzy zestawia się z gestem pewnego hiszpańskiego hochsztaplera, który na oczach widzów dręczy i morduje zwierzęta. Nie istnieje ŻADNA płaszczyzna wspólna dla tych gestów. I za głęboko niepokojący uważam fakt, że taki wspólny mianownik próbuje się tworzyć. Niepokojący, bo zrównujący dwuwymiarowy papierowy prostokąt z trójwymiarowym żywym stworzeniem, obdarzonym czuciem, wolą życia, odczuwającym strach przed śmiercią, itd. Niepokojący, bo zafałszowujący naturę pieniądza – która jest w istocie swej symboliczna – i czyniący z niego żywą istotę. A skoro pieniądz jest żywą istotą, to nie o niszczeniu należy mówić, lecz o zabójstwie, o morderstwie. (Ktoś przyrównał milion funtów do miliona zakładników, których życie Drummond i Cauty mieli w swoich rękach. Czyżby życie zakładnika było funta warte?!) Niepokojący, bo uprzedmiotawiający życie zwierzęcia, bo zrównujący żywą istotę z banknotem, bo wydający zwierzę na łaskę i niełaskę „artysty”. Bo wytrychem pod tytułem „sztuka”, wytrychem pod tytułem „wolność artysty” usprawiedliwiający zło gestu Hiszpana. A sztuka żadną miarą usprawiedliwieniem dla zła być nie może.
Uwaga czwarta, życiowa. PRZEDOSTATNIE KUSZENIE BILLA DRUMMONDA trwa – wraz z ANEKSEM – ponad 150 minut. Rytuał palenia jest zwieńczeniem drogi, jaką przechodzi każdy z twórców tego spektaklu – zarówno w procesie twórczym, jak i w strukturze przedstawienia. Przystępując do pracy nad PKBD, powiedzieliśmy sobie, że nie interesuje nas opowiadanie anegdoty o brytyjskim artyście, który spalił milion funtów, a oprócz tego miał jeszcze kilka zwariowanych i niepokornych pomysłów. O tym można sobie przeczytać w internecie. Albo zrobić film. Teatr jest medium bezpośrednim. I skoro mierzymy się z gestem tak radykalnym jak spalenie miliona, to musimy otworzyć się na ten gest, musimy przyjąć to wyzwanie, musimy odpowiedzieć. A przynajmniej spróbować. Gest niszczenia pieniędzy jest gestem dosłownym. Brak mu finezji poetyckiej metafory, brak estetycznego czy filozoficznego wyrafinowania. Ale jednocześnie – paradoksalnie – jest to gest arcypoetycki i arcywyrafinowany. Jego dosłowność nie ma nic wspólnego z jednowymiarowością. To gest, który zawiera w sobie – i otwiera przed nami – nieskończone (i używam tego słowa z pełnym przekonaniem) bogactwo znaczeń. Zamiennie można by użyć słowa „kosmos” – kosmos znaczeń. Rozpoczynając pracę nad spektaklem, zapytaliśmy się samych siebie: Co to znaczy spalić SWÓJ milion? I co jest tym naszym milionem. Zadaliśmy sobie pytanie o wierność, wierność, która ściśle łączy się z prawdą. Co to znaczy być wiernym temu, w co się wierzy? co to znaczy żyć w prawdzie? Czy można uważać się za chrześcijanina i nie naśladować Chrystusa, nie podporządkować całego swojego życia temu, by pójść wyznaczoną przez Niego drogą? Czy można uważać się za przyzwoitego obywatela i zamykać oczy i uszy na tragedie, które dzieją się dosłownie za ścianą? Czy można być kaznodzieją i nie przestrzegać nauk, które się głosi? Albo aktorem i nie świadczyć swoim życiem za postać, którą się gra? Lub wreszcie czy można robić spektakl inspirowany gestem człowieka, który spalił milion funtów, i się z tym gestem nie zmierzyć? Mam głębokie przekonanie o tym, że odpowiedź na każde z powyższych pytań jest negatywna. Wiarygodność zyskuje się tylko poprzez odważne podjęcie wyzwania. Cena, jaką trzeba płacić za to bycie w prawdzie, bywa wysoka. Ale, jak sądzę, innej drogi nie ma. — Postawiliśmy sobie pytanie o nasz milion, milion każdego z nas. Ten spektakl jest świadectwem tych poszukiwań, poszukiwania – i próby odpowiedzi – są jego esencją. Nie chciałem pozostać na zewnątrz. Chciałem być równoprawną częścią tego procesu. Palone pieniądze są moim milionem. Siatkę intymnych znaczeń zachowam jednak dla siebie.
Marcin Wierzchowski[:]

