[:pl]Teatr to sztuka używania metafory
05-04-2010
Rozmowa z Piotrem Kruszczyńskim, reżyserem „Człowieka z Bogiem w szafie”
„Piaskownica”, „Kopalnia”, teraz „Człowiek z Bogiem w szafie”. Czy Pan przypadkiem nie jest zakochany w dramatach Michała Walczaka?
– Spotkanie z debiutanckim dramatem Michała było rzeczywiście miłością od pierwszego wejrzenia. Teraz to już chyba stały związek… Podobnie ewoluuje fabuła – tekst „Piaskownicy” opowiada o bardzo wczesnym zauroczeniu młodych ludzi, a „Człowiek z Bogiem w szafie” to historia długoletniej miłości rozpisana na głosy trzech pokoleń.
To Pana drugie podejście do „Człowieka z Bogiem w szafie”. Jak wyglądało pierwsze?
– W wałbrzyskim teatrze przygotowałem jednorazowe, prapremierowe czytanie tekstu w ramach cyklu „Dni Dramaturgii”. Nie spodziewałem się, że w związku z prezentacją dramaturgii Walczaka będziemy musieli powtórzyć je w Volkstheater w Wiedniu. Wspominam ciekawie tę przygodę, bo okazało się, że każdą improwizację da się powtórzyć z nie najgorszym skutkiem.
Dlaczego skończyło się na czytaniu dramatu? Czemu nie wystawił Pan tej sztuki w Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu, z którym był Pan związany?
– Mieliśmy w planach rozpoczęcie prób, kiedy kilku wałbrzyskich prawicowych radnych rozpętało polityczną nagonkę na nasz teatr. Ich atak wywołała prapremiera dramatu Przemysława Wojcieszka „Ja jestem Zmartwychwstaniem”, w którym jednym z bohaterów jest ksiądz podupadający w wierze i popadający w alkoholizm. Zaprosiłem radnych na debatę o dramaturgii, podczas której przyjęli do wiadomości, że scena jest miejscem zderzania się postaw, a nie trybuną do objawiania „jedynej prawdy”. Traf chciał, że jedna z postaci „Człowieka z Bogiem w szafie” nawiązywała do argumentów używanych przeciwko naszemu teatrowi. Cóż, Walczak wykazał się niezwykłą zdolnością przewidywania wydarzeń… Nie chcąc, by jego metaforyczny tekst został banalnie odczytany jako paszkwil na naszych radnych, świadomie odstąpiliśmy od prób. Myślę, że w Toruniu na pewno unikniemy takich trywialnych skojarzeń /śmiech/.
– Nie jest to ryzykowne?
Powiedziała Pani: „rydzykowne”? /śmiech/
A nie uważa Pan, że jest ryzykowne podejmowanie dyskusji o katolicyzmie w kraju, gdzie aż 90 proc. osób nazywa się „katolikami”?
– Katolicyzm staje się na naszych oczach jedną z form duchowości, owszem ważną, znaczącą, ale będącą częścią czegoś w rodzaju „wolnego rynku usług duchowych”. Przesyt wartości materialnych – powszechnie nam panujący konsumpcjonizm – wywołuje potrzebę poszukiwań. A oferta jest bogata: już nie jeden katolicyzm, ale także jego radykalny „toruński” odłam; do tego filozofia Wschodu, ezoteryka, parapsychologia. Michał Walczak nie krytykuje polskiego katolicyzmu. Przygląda się jedynie naszym desperackim poszukiwaniom własnego duchowego „ja” na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat. A na katolicyzm patrzy czule, między innymi przez młodzieńczy „grzech zaniedbania” – inicjację w momencie papieskiej pielgrzymki.
Skoro o tym mowa… Młodzi ludzie, korzystając z nieobecności rodziców, którzy wyszli na spotkanie z papieżem, smakują po raz pierwszy fizycznej miłości. Nie obawia się Pan zarzutów o obrazoburczość?
– Czego tu się obawiać? Pontyfikat Jana Pawła II opierał się na filozofii miłości, zatem pomysł Walczaka na pokazanie miłosnych uniesień na tle papieskiej pielgrzymki wydaje się uroczo oczywisty. Scena jest od zarania dziejów miejscem emocjonalnego zderzania się skrajnych postaw. A grzechy młodości niosą olbrzymie pokłady emocji, wielkie rozterki poszukiwań – kto ich nie zaznał, niech pierwszy rzuci kamień…
Powiedział Pan kiedyś: „Dotyka mnie sztuczność i plastikowość intymnych relacji, bliskich więzi z drugim człowiekiem w dzisiejszych czasach. Jesteśmy teraz w momencie kulminacji przewagi tego, co cielesne, nad tym, co duchowe. Trzeba, aby ta czara się przepełniła (…)”. Czy można to odnieść do inscenizacji „Człowieka z Bogiem w szafie”?
– Jak najbardziej. Polacy się nasycili i dotkliwie odczuwają deficyt metafizyki. Ale nasz niezawodny rynek błyskawicznie reaguje na potrzeby klienta – można pójść na jogę, kurs feng shui, ustawienia Hellingera… Biura podróży oferują wycieczki do prawdziwego guru w Indiach. Zawsze też można położyć coś na tacy w niedzielę albo wpłacić na konto Radia… /śmiech/
„Nie odważyłbym się dziś widzów epatować czymkolwiek, a zwłaszcza własnymi bebechami, wnętrzem czy problemem. Jestem konserwatywny” – powiedział Pan 10 lat temu. Czy w Pana myśleniu o teatrze coś się zmieniło, czy podtrzymuje Pan swoje zdanie na ten temat?
– Teatr jest dla mnie nieustannie sztuką używania metafory. Wierzę, że metafora pozwala na uniwersalizację przekazu. Zbyt hermetyczna czy wręcz ekshibicjonistyczna wypowiedź osłabia kontakt między sceną i widownią. Jestem wierny takiemu myśleniu o teatrze, co nie znaczy, że nie może on poruszać doraźnych problemów. Oczywiście, że może. Ale właśnie metafora podnosi to, co wystawiamy na scenie, do rangi sztuki. Mieliśmy przed dekadą modę na nowy brutalizm i osiągnęliśmy granicę naturalizmu, który w teatrze szybko zaczął nas nużyć, czasem niezamierzenie śmieszyć. Nikt przecież nie uwierzy, że mordujemy na scenie naprawdę, że uprawiamy seks, że z zadanych ran płynie prawdziwa krew. Wszystko to wymaga metafory, znaku. Często im bardziej ten znak jest odległy od rzeczywistości, tym większe budzi emocje u widza.[:]

