W centrum sceny parkowa ławka, na niej – kłębek szczelnie okryty zniszczonym kocem. Z boku sceny potężne łyse drzewo, w głębi metalowy płotek, za którym majaczy, zza siatki, krajobraz świecących potęgą wieżowców. Na scenicznych deskach śmieci. Pożółkłe gazety, butelki, kartony. „A nie mówiliśmy?” – czytamy ze zmęczonych spojrzeń bohaterów toruńskiej Antygony w Nowym Jorku, którzy zjawiają się w tej sfatygowanej przestrzeni niczym upiory z przeszłości.
Prapremiera dramatu Janusza Głowackiego odbyła się ponad ćwierć wieku temu. Wtedy, dla przepoczwarzającej się, oczarowanej Zachodem Polski, opowieść o bezdomnych z Tompkins Square Park była niczym cios w serce. Budowana latami mitologia zadrżała na widok przechlanego Pchełki, bo oto nagle okazało się, że „ciocia z Ameryki” może nie mieć zębów i spać w kotłowni. Że ten american dream, który my też tak bardzo chcemy śnić, może być również koszmarem. Minęło ponad dwadzieścia pięć lat. Za nami kilka gonitw o spełnienie. Przeszliśmy „Wyspy”, Skandynawię. Po tych wszystkich doświadczeniach Antygona w Nowym Jorku powinna być jak straszna opowiastka z dzieciństwa zracjonalizowana w dorosłości. Dlaczego więc tak uparcie nie jest? Oglądając przedstawienie Macieja Marczewskiego, uświadamiamy sobie, że ta trójka upiorów z zamierzchłej przeszłości, kiedyś tak strasznych, bo egzotycznych, jest nam dzisiaj dużo bardziej bliska niż wtedy. Że Pchełka, Sasza i Anita są dla nas teraz, paradoksalnie, dużo bardziej prawdopodobni, a ich biografie niepokojąco rymują się z repertuarem naszych dzisiejszych, najbardziej przerażających fantazmatów.
Przedstawienie w Teatrze im. Wilama Horzycy nie odstępuje oryginału Głowackiego ani na krok, wiernie przenosi słowo, skrupulatnie czyta didaskalia. Siedzący na parkowej ławce Sasza (Paweł Tchórzelski) majstruje przy rozklekotanym magnetofoniku. Kojące dźwięki zacinają się, milkną co chwilę. Ciszę, której muzyka z zepsutego odtwarzacza nie chce zastąpić, rozbraja Anita (Joanna Rozkosz), wtaczająca się na scenę z załadowanym klamotami sklepowym wózkiem. Gorączkowa narracja kobiety próbuje zwabić puste spojrzenie Saszy. Ze słownej magmy, którą obwieszona budzącymi politowanie atrapami ozdób Anita wylewa z siebie bez wytchnienia, niemal natychmiast wyławiamy zapisaną na marginesach, potwornie gorzką intencję – pragnienie bliskości. Tę samą chęć ujawnia chwilę później Pchełka (Bartosz Woźny), którego rozedrgane spojrzenia i kompulsywne pokrzykiwania mają tylko jeden cel. Zainteresowanie Saszy, mianowanego przez Pchełkę przyjacielem.
Realistyczne kostiumy, w które ubrali aktorów toruńskiej adaptacji Katarzyna Sobańska i Marcel Sławiński (również autorzy scenografii), oplatają ciała całej trójki patchworkowymi kokonami biedy. One, wraz z dosłownie skomponowaną scenografią przedstawienia, potęgują wrażenie permanentnego bezruchu, który nieuleczalnie trawi biografie bohaterów Antygony w Nowym Jorku. Pogodzony z tym życiowym letargiem zdaje się być jedynie Sasza. Bohater, w bardzo dobrej roli Pawła Tchórzelskiego, początkowo wręcz poraża swoją biernością. Jego reakcje na fantastyczne opowieści współmieszkańców parku sprowadzają się do rzucanych w przestrzeń krótkich fraz, przepełnionych ironią, odżegnujących się od jakiegokolwiek bliższego kontaktu. Jego towarzysze bierność pośpiesznie zagadują. Podróż, przeczuwalnie pierwsza od długiego czasu i prawdopodobnie (jak przeczuwamy) ostatnia w ich życiu, ujawnia, że marazm w ich przypadku to „naturalny” objaw stanu nieustannego oczekiwania. Wędrówka do miejskiej kostnicy na drugi koniec miasta, do której namawia mężczyzn nowojorska Antygona-Anita, pragnąca pogrzebać w parku zwłoki Johna (Robert Nowak), ujawnia, że każdy z bohaterów wciąż i mimo wszystkich okoliczności – ma na coś nadzieję, na coś rozpaczliwie czeka. Anita na telefon od pracodawcy, Sasza na wyjazd do Rosji, w której ceniono go jako malarza. Pchełka, najbardziej bodaj smutna postać dramatu, czeka na przyjazd ukochanej Joli. Choć jednocześnie każdy z nich doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że czekać nie ma już na co. Pracodawca nie zadzwoni już nigdy, Rosja o Saszy zapomniała dawno. A Jola była w Nowym Jorku i odjechała, zawstydzona widokiem zapijaczonego, bezdomnego Pchełki.
Właściwie cała druga część spektaklu Marczewskiego to obrazy „zaczarowywania” pustki, której żaden z bohaterów nie chce zobaczyć w całej jej okazałości, którą każdy z nich opatula wyszperanymi z pamięci artefaktami z przeszłości. Kwintesencję prowizoryczności tych działań, ich ułudę świetnie oddają dwie sceny. Ta, w której Anita szykuje ceremonię żałobną dla Johna, oraz ta, kiedy kobieta szykuje Saszę na wizytę w ambasadzie. W obu Anita ubiera, przysłania pustkę tandetną namiastką sensów – na skleconym naprędce ołtarzyku kobieta rozstawia biedne, odrapane przedmioty, które dawno i na zawsze straciły swoje pierwotne funkcje. To samo ma miejsce w przypadku, gdy bohaterka próbuje „wystroić” Saszę. Koszula, marynarka, buty, ubrane na połatane łachmany bezdomnego potęgują wrażenie karykaturalnej maskarady, karnawałowej zabawy „w życie”.
Janusz Głowacki napisał o Antygonie w Nowym Jorku, że to utwór przede wszystkim o rozpaczy. W bardzo „klasycznej”, wiernej literackiemu oryginałowi adaptacji Macieja Marczewskiego rozpacz wyziera z każdej sceny, choć niejednokrotnie towarzyszy jej nienachalna ironia. Opowieść o trójce mieszkańców upadającego obozowiska, snuta przekornie przy słodkich dźwiękach amerykańskich standardów rozrywkowych, ma wymiar niezwykle bolesny, w czym zasługa w dużej mierze zespołu aktorskiego. Trudno mi rozstrzygnąć, czy fakt, że oglądając ten spektakl, natychmiast niemal oderwałam bohaterów od scenerii (skądinąd naprawdę świetnie zrealizowanej), w którą wpisał ich reżyser, należy uznać za błąd czy raczej wartość. Jedno wiem, Głowacki i jego nowojorska trójka brzmią wciąż przeszywająco. A przepowiednia samotności, osobności i czekania na to, co nigdy nie nadejdzie, którą autor wpisał w swój dramat ponad ćwierć wieku temu – upiornie się realizuje. Chociaż już w zupełnie innych dekoracjach.
18-10-2019
Najnowsza, jesienna propozycja Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu to „Antygona w Nowym Jorku”. Spektakl na podstawie sztuki Janusza Głowackiego został wyreżyserowany przez Macieja Marczewskiego.
Nowy Jork. Noc. Grupa bezdomnych spotyka się wieczorem w Tompkins Square Park. Są wśród nich Rosjanin Sasza (Paweł Tchórzelski) Portorykanka Anita (Joanna Rozkosz) oraz Polak Pchełka (Bartosz Woźny). Okazuje się, że inny bezdomny, znajomy Anity – John (Robert Nowak) umarł i władze zamierzają pochować go na Potter’s Field – miejscu przeznaczonym dla bezimiennych i przestępców. Anita nie chce do tego dopuścić i postanawia znaleźć Johna i pochować tu, w parku, w miejscu gdzie przez tyle lat żył.
Miejsce akcji sztuki – Tompkins Square Park na Manhattanie to obiekt z bogatą historią – od XX w. opanowane zostało przez bezdomnych, bezrobotnych, narkomanów. Stało się niebezpieczne, ale i pełne nocnego, tajemniczego, życia różnych narodowości. W 1988 r. policja przeprowadziła akcję oczyszczania parku, zamknięto go, otoczono wysokim murem, wprowadzono godzinę policyjną. Zamiast kartonów przypadkowych rzeczy, czyli całego dobytku dotychczasowych mieszkańców, w parku pojawiły się fontanny, piaskownice, zieleń. Problem został rozwiązany. Niewygodni dla władzy i porządnych obywateli zostali usunięci. Zadanie spełnione.
Sztuka przenosi widza na ławkę w Tompkin Square Park chwilę przed policyjną akcją. Dzięki oszczędnej, lecz niezwykle wymownej scenografii (Katarzyna Sobańska, Marcel Sławiński) na małej przestrzeni, stajemy się uczestnikami i świadkami zdarzeń, które za chwilę spotkają bohaterów. Jest noc, jest zimno, wokoło sterty śmieci, stosy starych rzeczy,złowrogie krzyki z oddali, a na środku oni.
A oni to ci, którzy nieustannie czekają na spełnienie nieosiągalnych marzeń, żyją nadzieją i mitami, mimo całego trudu sytuacji. Najbardziej wyrazistą postacią jest zdecydowanie Pchełka. Bartosz Woźny stworzył wyjątkową, bardzo prawdziwą kreację człowieka wypierającego realia, który poczuciem humoru, energią i charyzmą ratuje się przed ponurą rzeczywistością. Cały tragiczny komizm sztuki opiera się właśnie na tej postaci. Z drugiej strony pojawia się jednak Sasza, kompletne przeciwieństwo, człowiek spokojny, trzeźwo patrzący na sytuację, racjonalista. Paweł Tchórzelski stworzył portret złamanego artysty, niemal filozofa bez mocy sprawczej. Wokół tych dwóch silnych postaci niestety znika trochę Anita, chociaż oryginalnie to ona jest główną prowodyrką pomysłu sprowadzenia Johna z powrotem do parku. Warto również wspomnieć o wyrazistej roli Policjanta (Michał Marek Ubysz), który ma najbliższy kontakt z publicznością, relacjonuje bowiem z udawanym współczuciem stosunek władz nowojorskich do „problemu” bezdomnych.
Sam Janusz Głowacki postrzegał środowisko nowojorskich bezdomnych jako naturalistyczną realizację surrealistycznych wizji Hieronima Bosha. W Ameryce, pozornie pełnej elegancji, dobrobytu i ludzi sukcesu, kontrast z biedą i bezdomnością jest szczególnie wyraźny, wręcz rażący, a dla niektórych niemożliwy do zrozumienia.
Ciekawym aspektem spektaklu są same stosunki między mieszkańcami parku. To, że władze nie traktują nikogo indywidualnie to norma, ale wśród samych bezdomnych również tracą oni swoją odrębność, stają się masą. Kiedy Pchełka i Sasza w końcu przynoszą Johna, okazuje się, że to nie on. Ale Anita tego nie zauważa. Wszyscy bezdomni, którzy kiedykolwiek okazali jej sympatię, nagle kumulują się w tym jednym, obcym człowieku.
Powszechne wśród mieszkańców parku jest życie mitami – Pchełka wierzy w powrót Joli, a Sasza w karierę malarza w Rosji. Ameryka, choć miała być przepustką do lepszego świata, stała się miejscem wygnania.
Czy wśród bezdomnych panuje przyjaźń? Na początku można odnieść takie wrażenie, ale ostatecznie okazuje się, że jednostki dbają przede wszystkim o swoje interesy. Sasza nie ratuje Anity, Pchełka wydaje cudze pieniądze. W skrajnych sytuacjach ludzie są dla siebie obcy.
Spektakl stawia pytanie, czym tak naprawdę jest bezdomność i…czym jest dom?
Okazuje się, że sztuka Głowackiego jest aktualna również dziś, w XXI wieku, kiedy wydawałoby się, że ciągły postęp i rozwój społeczeństw wyeliminują problem zupełnie. Kto ponosi odpowiedzialność za tych wielu ludzi z niespełnionymi pragnieniami. Czy winna bezdomności jest władza, która niedostatecznie dba o swoich obywateli, czy to oni sami zniewoleni nałogami i niemocą wybierają życie z pozoru łatwiejsze.
Odpowiedzi jest tyle, ilu bezdomnych. Czy park może stać się domem? „Antygona” ostatecznie, kiedy już nie może wrócić do Tompkins Square, postanawia zakończyć swoje życie na bramie miejsca, które stanowiło choćby jego namiastkę, które przygarnęło ją, gdy poznała okrucieństwo świata.