[:pl]

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Pani weszła. Co takiego ma w sobie „Kaleka z Inishmaan”, że postanowiła Pani zrealizować tę sztukę jeszcze raz?
– Dyrektor we mnie dogadał się z reżyserem we mnie, że dobrze by było, gdyby w repertuarze naszego teatru znalazł się jakiś tekst dla szerokiej publiczności, który by trochę radości, humoru i wzruszenia widzom przyniósł. Reżyser we mnie podpowiedział dyrektorowi, że publiczność uwielbia McDonagha, toruńska szczególnie, bo pokochała kiedyś „Samotny zachód”, na który waliła drzwiami i oknami. Byli tacy, którzy po 17 razy spektakl widzieli i do dziś o niego pytają. Reżyser we mnie, co prawda, wcale nie miał ochoty na kolejne spotkanie z „Kaleką …”, bo nie lubi się powtarzać i strasznie łatwo się nudzi, ale w końcu rozsądek dyrektora wziął górę, no i zabrałam się ponownie za „Kalekę …” – dokładnie 10 lat po realizacji we wrocławskim Teatrze Współczesnym.
Czym ta realizacja różni się od poprzedniej?
– Wszystkim! Zabrałam się do pracy przekonana, że ta realizacja w niczym nie powinna i nie może przypominać poprzedniej. Nie interesowało mnie powtarzanie czegokolwiek, korzystanie z gotowych rozwiązań, nie umiem tak pracować i nie interesuje mnie to. Myślę, że nawiązanie do poprzedniej realizacji nie byłoby możliwe. W ciągu tych 10 lat teatr bardzo się zmienił, a teatralna, bardzo tradycyjna forma pierwszych dramatów McDonagha zestarzała się. Staraliśmy się opowiedzieć historię jego bohaterów na nowo, przede wszystkim uciekając od realizmu i dosłowności. Irlandię i wszystkie okoliczności sztuki potraktowaliśmy umownie, inspirując się zdaniem samego McDonagha, że jego sztuki są czymś w rodzaju bajek. Przestrzeń naszej „bajki” jest właściwie przestrzenią zabawy – jest trochę jak dziecięca piaskownica, w której dzieci bawią się, odgrywając wymyślone przez siebie role. Najważniejszy jest żywioł samej zabawy w wymyśloną Irlandię, aktorzy opowiadają historię, nie tracąc kontaktu z widownią, podkreślają wymiar gry.
W tej sztuce również kinomani znajdą coś dla siebie. Podobno na scenie zostanie wyświetlony film…
– Inspiracją dla McDonagha był stary paradokumentalny film „Człowiek z Aran”, nakręcony przez amerykańskiego reżysera Roberta Flaherty w 1934 roku. W jednej ze scen McDonagh chce, żeby jego bohaterowie oglądali fragmenty filmu, a ich dialogi bezpośrednio nawiązują do filmowych scen. Udało nam się zdobyć ten film i wykorzystujemy go w spektaklu. Pojawi się również kilka filmowych żartów z wykorzystaniem projekcji.
Irlandzkie żarty – po przełożeniu na polski – będą nas jeszcze śmieszyć?
– Nie starałam się spolszczyć realiów sztuki ani miejsca akcji, bo nie chcę opowiadać o żadnym konkretnym miejscu na ziemi. Irlandia, a właściwie tytułowa wyspa Inishmaan, jest umowną krainą, odciętą od świata, zapyziałą dziurą, zamieszkiwaną przez dziwaków, pijaków i obdartusów, którzy tęsknią, marzą, kochają i nienawidzą, jak wszyscy wszędzie. Kłopot z językiem postaci polega na tym, że język „Kaleki …” naśladuje specyficzny sposób mówienia mieszkańców wysp archipelagu Aran, co, oczywiście, nie jest możliwe do oddania w polskim tłumaczeniu.
Sztuki McDonagha, szczególnie trylogia z Aran, to przede wszystkim niezwykłe portrety, to dom pełen wariatów, którym autor przygląda się z czułością i okrucieństwem. Można odnieść wrażenie, że złośliwie śmieje się z Irlandii i Irlandczyków, z ich wad, przyzwyczajeń, ograniczeń, że „robi sobie jaja” i do końca nie wiadomo, co się za tym kryje, czy wszystko to, co pisze, nie jest po prostu tylko dobrym żartem. Jednak jest w tych sztukach zapisany niebywały żywioł, który w teatrze warto wyzwolić, żeby poczuć autentyczną radość opowiadania historii McDonagha.

[:]

Newsletter

Dowiedz się pierwszy/a o nowym repertuarze

Zapisz się na nasz newsletter, aby bez problemu zarezerwować bilety. Wyślemy Ci też informacje o innych wydarzeniach, jak "Niedziela w Teatrze" czy zwiedzanie. Wysyłamy mailing maksymalnie 2 razy w miesiącu.