[:pl]Teatr to operacja „na otwartym sercu”

Rozmowa  z Agnieszką Lipiec-Wróblewską, reżyserem „Dzikiej kaczki” Henryka Ibsena

Co skłoniło Panią do wystawienia Ibsena, o którym mówi się, że jest wystawiany na scenie również często jak Szekspir?

– Nie zgadzam się z tą opinią. Ibsen wystawiany jest rzadko, nieporównywalnie rzadziej niż Szekspir. W szczególności współcześnie. Widziałam zaledwie kilka jego sztuk, z czego najlepsza była wystawiona w warszawskim Teatrze Dramatycznym „Kobieta z morza” Roberta Wilsona, sztuka, którą specjalnie dla Wilsona napisała Susan Sontag na podstawie dramatu Ibsena. Nie sięgnęłam więc po Ibsena ze względu na jego „popularność”, tylko dlatego że bardzo go cenię, podobnie zresztą jak Strindberga. Uważam, że są to ojcowie współczesnego dramatu, wielokrotnie przewyższający to, co działo się po nich. Ibsen to połączenie realizmu z niezwykle mocno działającym na mnie symbolizmem.

Dlaczego sięgnęła Pani akurat po „Dziką kaczkę”?

– Moim zdaniem „Dzika kaczka” jest najbardziej przewrotną i najmniej oczywistą sztuką Ibsena. Sam autor w czasie, kiedy powstała, obawiał się, że jest sztuką, która nie zostanie właściwie zrozumiana. Rzeczywiście tak się stało. I w dużej mierze jest tak do dziś. Gregers, który jest postacią o bardzo złożonych i niejednokrotnie okrutnych emocjach, niepozbawioną egoizmu i obciążoną motywem zemsty, napisaną przez Ibsena jako postać idealistyczna często jest odczytywany fałszywie, jako postać niosąca prawdę, a więc ideologicznie słuszna. Właściwe odczytanie tego dramatu wymaga takiej przenikliwości, która oddzieli prawdę od trójcy platońskiej: prawdy, dobra i piękna. Ibsen pokazuje, że prawda też może niszczyć, ranić, nieść daremne ofiary. Stąd błędne odczytywanie postaci Gregersa. „Dzika kaczka” jako tekst zawsze mi się podobała. Jakiś czas temu wróciłam do niej także ze względu na jej wymowę polityczną. Było to wtedy, kiedy do władzy doszedł PiS i pod orężem wolności próbował narzucić „swoją prawdę”, co jest, moim zdaniem, bliskie wszystkim fanatykom. Pomyślałam wtedy, że to jest bardzo aktualna sztuka. Dobrze jednak, że nie zrobiłam jej wtedy i w efekcie odeszłam od politycznej interpretacji, bo mimo wszystko to sztuka przede wszystkim psychologiczna. To nie jest psychologia, która łączy się z odkrywaniem uczyć, ale taka, która łączy się z pokazywaniem poprzez pewne obrazy i symbolikę komplikacji życia wewnętrznego.

– A co ma Bergman do Ibsena?

– To jest bardzo prosta paralela, dlatego że jeśli staramy się zagrać Ibsena współcześnie, to musimy pamiętać, że Skandynawowie – tak jak Anglicy, Włosi czy inne narody – mają swój charakter. Współrzędna geograficzna ma ogromny wpływ na temperament, rodzaj dialogu, wyobraźni. Ibsen jest Norwegiem, Bergman Szwedem i choć, oczywiście, mogliby się obrazić jak my, gdyby nas mylono z Czechami, to jednak jest coś bardzo podobnego, tym bardziej że uważam, że zarówno Ibsen, jak i Strindberg byli często reżyserowani przez Bergmana ze względu na tę samą wrażliwość, otwarcie na wewnętrzne skomplikowanie człowieka i to, że nie wszystko da się powiedzieć słowami Nie wszystkie emocje, już wyrażone, nie są tym, co czujemy lub czuliśmy przed ich wypowiedzeniem. To jest istota Skandynawów. Poza tym, jeśli chodzi o Ibsena Strindberga i Bergmana, to jest to ten sam krąg tematyczny – miłość, rodzina, relacje między dziećmi i rodzicami. To są chyba najgłębsze dramaty, które konstytuują wszystko.

Jak reżyserowanie spektakli w teatrze telewizji wpływa na pracę w teatrze tradycyjnym?

– Debiutowałam w Teatrze Telewizji, kiedy byłam na trzecim roku studiów. Dopiero trzy lata później odbył się mój debiut na deskach Teatru Studio i był on, moim zdaniem, obarczony pewnym błędem filmowości. Był to jednak akurat spektakl, w którym narracja nie szła jedynie za dialogiem, ale także za obrazami, dlatego też ta filmowość była potrzebna. Bardzo lubię robić teatr telewizji i widzieć wszystko okiem kamery, co nie jest sprzeczne z reżyserowaniem na deskach teatru. Przeciwnie, w jakiś sposób uzupełnia się. Pewien sposób widzenia zarówno w teatrze tradycyjnym, jak i w teatrze telewizji jest niezależny od medium. Wiadomo, że w teatrze tradycyjnym  jest „gorzej”, bo jest tylko pełny plan, nie ma zbliżeń, nie można montować, dlatego ta praca wymaga więcej wyobraźni, zarówno od reżysera, jak i od widza. Wydaje mi się też bliższa skupienia i precyzji odkrywania pewnych rzeczy. To operacja „na otwartym sercu”. Tu każdy gest jest niepodważalny. W Teatrze Telewizji natomiast można zrobić kilka dubli i wybrać najlepszy, to jest moim zdaniem mniej obciążające psychicznie. Zarówno dla aktora, jak i dla reżysera. W Teatrze Telewizji i filmie metoda pracy jest inna. Właśnie umiejętność pracy z aktorem wyniesiona z teatru tradycyjnego jest bardziej inspirująca i procentuje w telewizji. Z kolei praca w telewizji burzy – co ważne –  tzw. bezgraniczne zaufanie do słowa. Daje ogromną samodzielność, możliwość stwarzania nastroju światłem, muzyką. Wzięcie odpowiedzialności za obraz, klimat w teatrze i połączenie tego z pracą aktora to jest właśnie efekt pracy za kamerą.[:]

Newsletter

Dowiedz się pierwszy/a o nowym repertuarze

Zapisz się na nasz newsletter, aby bez problemu zarezerwować bilety. Wyślemy Ci też informacje o innych wydarzeniach, jak "Niedziela w Teatrze" czy zwiedzanie. Wysyłamy mailing maksymalnie 2 razy w miesiącu.