Rozmowa z Mirą Mańką – reżyserką i autorką scenariusza spektaklu Bez alko i dragów jestem nudna – oraz aktorką Julią Sobiesiak-Borucka.

Marta Wudarska:
Spektakl powstaje na bazie wydanej w zeszłym roku książki Marty Markiewicz pod tym samym tytułem – Bez alko i dragów jestem nudna. Autorka opisała w niej swoje doświadczenie życia w nałogu, proces jego narastania, momenty, w których zawalała swoje życie, czując, że świetnie się bawi, a następnie swoją drogę zdrowienia i dochodzenia do trzeźwości. Dlaczego właśnie ta opowieść, Miro?
Mira Mańka:
Przede wszystkim dlatego, że książka skupia się na elementach zdrowienia i wychodzenia z uzależnienia. Jest opowieścią o tym, że jest to możliwe i że nie zawsze musi oznaczać wyłącznie heroiczną walkę o siebie – choć oczywiście często nią bywa. Myślę też, że w kontekście polskiego teatru, który produkuje wiele spektakli o doświadczeniu alkoholizmu, ta książka – i mam nadzieję również nasz spektakl – jest wyjątkowa. Mniej skupiamy się na przestrzeni krzywdy: tej wyrządzanej sobie i innym, a bardziej na procesach wychodzenia, zdrowienia i na opowieści o tym, że jest to realne i bliskie doświadczeniu wielu osób.
MW:
Ta książka wpisuje się też w nowy nurt mówienia o uzależnieniach. Podczas pierwszej próby rozmawiałyśmy o tym, że nazwiska, które często przychodzą na myśl w kontekście literatury o nałogach – jak Jerzy Pilch czy Wiktor Jerofiejew – reprezentują zupełnie inne podejście: narracje zanurzone w opisywaniu samego stanu uzależnienia.
MM:
Zdecydowanie inne, wręcz radykalnie odmienne. Nie ma tam chęci zawalczenia o siebie – raczej jest przestrzeń użalania się nad sobą albo romantyzowania nałogu, jak choćby u Charlesa Bukowskiego czy innych artystów, którzy z bycia uzależnionym uczynili element swojej marki osobistej. To obraz krzywdzący, choć jednocześnie pociągający.
Ja nazywam ten nurt, w którym mieści się książka Marty Markiewicz, literaturą diagnozy. Wydaje mi się, że to bardzo istotne pokoleniowe doświadczenie literackie, które przekłada się także na teatr i szerzej – na myślenie o sztuce. Jesteśmy w momencie, w którym kobiety około trzydziestego roku życia i młodsze zaczynają pisać o swoim doświadczeniu w radykalnie inny sposób: inaczej je rozumieją, inaczej ukazują, akcentują inne tematy i ich odcienie.
Lubię myśleć o tej książce jako o części nurtu literatury zdrowieniowej, silnie powiązanej z doświadczeniami psychoterapeutycznymi całego naszego pokolenia. Mam wrażenie, że to również bardzo mocno wpłynęło na proces emancypacji kobiet i innych osób z naszego pokolenia.
MW:
W spektaklu pojawia się pięcioro bohaterów: cztery bohaterki i jeden bohater. Jedna z postaci – grana przez ciebie, Julio – jest najbliżej historii Marty Markiewicz. Pozostałe postaci to osoby uzależnione od różnych substancji, w różnym wieku, z różnych powodów i w bardzo odmiennych sytuacjach życiowych. Fragmenty ich historii są często wstrząsające. To są prawdziwe opowieści, prawda?
MM:
Tak, wszystkie historie obecne w spektaklu są dokumentalne. Oczywiście teatr rządzi się swoimi prawami – ze względu na język sceniczny niektóre historie zostały ze sobą połączone albo delikatnie sfabularyzowane. Chodziło o to, by możliwie wiernie oddać spektrum tego doświadczenia i pokazać, jak różne mogą być momenty, w których ktoś czuje się „na dnie”. Dla jednych to zupełnie inne miejsce niż dla innych. Zależało mi na tym, by pokazać, jak spektralne jest to doświadczenie i jak bardzo różnie może być rozumiane – zarówno indywidualnie, jak i społecznie.
MW:
Myślisz, że część osób, których historie pojawiają się w spektaklu, zobaczy go na widowni?
MM:
Mam taką nadzieję. Większość z nich jest tym zainteresowana, choć jednocześnie większość poprosiła o zachowanie anonimowości.
MW:
Autorka książki, Marta Markiewicz, bywa na próbach i konsultowała scenariusz. Julio, chciałam zapytać cię o twoje doświadczenie pracy z osobą, którą grasz – żywą, obecną, siedzącą na próbach.
Julia Sobiesiak-Borucka:
To dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie i chyba pierwszy raz w życiu mierzę się z taką sytuacją. Z jednej strony niosę jej historię, z drugiej – gramy ją jednak inaczej. Nie staram się odtworzyć Marty w sposób realistyczny czy dosłowny. Poza spotkaniami na próbach śledzimy ją też w mediach społecznościowych, więc na początku trochę się obawiałam, jak Marta to odbierze, czy nie zobaczy w tym karykatury siebie.
Widzę jednak, że Marta ma bardzo otwarte podejście do tego spektaklu. Ogromnie ją podziwiam za to, że zdecydowała się opisać swoje doświadczenie i że chce je nieść dalej, by pomóc osobom, które mogą znajdować się w podobnej sytuacji.
MW:
Miro, a jak wygląda praca z tak bezpośrednim udziałem autorki tekstu?
MM:
Marta jest bardzo uważna i doskonale rozumie, że praca teatralna musi rządzić się innymi prawami niż literatura. Jednym z najciekawszych momentów była dla mnie sytuacja z próby, kiedy z Julią omawiałyśmy emocjonalne i psychofizyczne stany bohaterki. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że Marta siedzi za mną i słyszy, jak nazywam te stany.
Dość szybko to przegadałyśmy. W teatrze pewne rzeczy muszą być wyostrzone, żeby oddać stan wewnętrzny postaci. Nie gramy życia „takiego, jakie jest”, lecz życie wewnętrzne bohaterów – bardziej intensywne, gorące, czasem wręcz kreskówkowe.
MW:
Julio, twoja bohaterka jest bardzo różna od ciebie samej – i od ról, które stworzyłaś ostatnio. Czy to ułatwia pracę, czy wręcz przeciwnie?
JSB:
Rzeczywiście jest to zupełnie inny biegun, ale przy pracy z Mirą od początku czułam ogromną otwartość i brak lęku. Już na pierwszej próbie padło hasło: „odważajmy się, w razie czego zdejmujemy”. Dzięki temu zupełnie przestałam się bać, że zrobię coś źle czy głupio. Myślę, że wszyscy bardzo to doceniamy – tę odwagę i brak wstydu wobec siebie nawzajem.
MM:
Marta Markiewicz powiedziała mi po pierwszej próbie, że to wspaniałe, iż Julia nie ma tego doświadczenia, i że – cytuję – ma „buźkę Golden Retrievera”. To bardzo mocne w zestawieniu z tą historią, bo pokazujemy dziewczyny, które stereotypowo nie kojarzą się z uzależnieniem. A jednak są w miejscu, w którym – według społecznych wyobrażeń – powinny znajdować się zupełnie inne osoby. To dodatkowe piętro znaczeń: mijając kogokolwiek na ulicy, możemy mijać osobę będącą w czynnym lub biernym uzależnieniu.
MW:
Chciałam jeszcze zapytać o formę spektaklu. Choć historie są trudne, ważnym odniesieniem formalnym jest stand-up.
MM:
Wierzę, że śmiech i miękkość zapraszają do współmyślenia znacznie skuteczniej niż „walenie po głowie”. Ten spektakl nie jest tylko dla osób z doświadczeniem uzależnienia – ale także dla tych, którzy chcą przyjrzeć się swojemu stosunkowi do alkoholu i narkotyków. Pokazujemy całe spektrum: od zabawy po moment, w którym coś zaczyna być trudne. To zaproszenie do refleksji, a nie oskarżenie.
MW:
Na koniec zapytam o wiek widzów, ponieważ część historii to są historie osób, które uzależniły się w bardzo młodym wieku.
MM:
Jedna z bohaterek miała 11 lat, gdy pierwszy raz zetknęła się z narkotykami. Myślę, że spektakl jest odpowiedni dla widzów od 14. roku życia. Historie są tak poprowadzone, by nie triggerować, ale dać możliwość wczesnej refleksji nad używkami.

Fot. Piotr Nykowski

