[:pl]Gest Drummonda jest wezwaniem do walki o lepszy świat
Rozmowa z Marcinem Wierzchowskim
Bohaterem spektaklu uczyniłeś Billa Drummonda, brytyjskiego muzyka, pisarza i performera, który zasłynął z prowokacji artystycznej – w 1994 roku razem z Jimmym Cautym dokonał spalenia miliona funtów. Co w jego postaci zafascynowało Cię najbardziej? Czemu powracasz do tej historii teraz? Przecież artyści zapowiedzieli, że sami skomentują swoją prowokację 23 lata po jej dokonaniu.
– Kiedy św. Paweł pisze o krzyżu Chrystusa, mówi m.in., że jest on skandalem dla Żydów i głupstwem dla pogan. Gest Drummonda jest skandalem dla całego świata zachodniego. W tym sensie jest to gest religijny, gest mityczny — istnieje samoistnie; jego waga nie zmniejsza się bez względu na upływ czasu, wahania kursów, kryzys gospodarczy, kolejne zmiany gabinetów i politycznego układu sił. Emocje, jakie wzbudza, nie słabną i, w przeciwieństwie do większości gestów artystycznych, on nie potrzebuje egzegetów, lecz NAŚLADOWCÓW. Gest Drummonda jest wezwaniem do boju. Naturą każdego wezwania jest to, że stawia ono przed nami dwie możliwości – i trzeciej drogi nie ma. Jeżeli zatem (jak twierdzimy) Drummond wzywa do boju o lepszy świat, to odrzucając wezwanie, stajemy po stronie świata gorszego…
„Przedostatnie kuszenie Billa Drumonda” to bardzo intrygująco brzmiący tytuł. Kusisz – a może prowokujesz? – aktora, widza czy samego Billa Drummonda?
– Tytuł jest moim pomysłem. I może dlatego jego interpretację wolę pozostawić widzowi.
W zapowiedziach spektaklu pojawia się postać Zsolta Zeldunga – twórcy, którego manifest i postać przywołałeś w swoim spektaklu „Supernova. Rekonstrukcja” w krakowskiej Łaźni Nowej. Jaka jest jego rola w spektaklu? Co go łączy z Drummondem?
– Zsolt Zeldung, węgierski artysta i mój bliski przyjaciel, jest odpowiedzialny za pomysł i pierwotny kształt literacki projektu. To, co napisał Zeldung, w niczym nie przypominało tekstu dramatycznego. Był to rodzaj manifestu, luźny zbiór intuicji, pisanych jako ewentualna trampolina do pracy scenicznej, opatrzony ścisłą klauzulą tajności, której dochowałem: aktorzy nie widzieli tekstu Zeldunga na oczy. I nie powinni żałować. Inaczej bowiem nigdy nie staliby się bohaterami tego spektaklu. Bo to oni – a nie Drummond – są w centrum scenicznych wydarzeń.
Jądrem tzw. „trampoliny Zeldunga” była kwestia prawdy: tej artystycznej, tej życiowej, ale również tej religijnej. Marzeniem każdego artysty jest przemiana odbiorców jego sztuki, pisał Zeldung. Jednak po to, by sztuka posiadała moc przemieniającą, musi wpierw przemienić życie tych, którzy ją tworzą. Drummond był dla Zeldunga i dla mnie, dla nas, dowodem na to, że się da. Że życie i sztuka są ściśle ze sobą związane. Podobnie jak życie i religia. Wszelkie rozbieżności są przejawami hipokryzji. Dlatego – pisał Zeldung – mierząc się z tematem spalenia miliona, nie można zignorować skali i rangi tego gestu. Nie musisz palić miliona funtów; wystarczy, że spalisz TWÓJ milion, pisał Zeldung. Radykalizm Zeldunga jest pokrewny z radykalizmem Drummonda. Wspólnymi siłami zawiesili poprzeczkę radykalnie wysoko: nam-twórcom i nam-widzom, świadkom.[:]

